DOM BLOGERA - NIEKONIECZNIE MUZEUM





Zbierałam się do napisania tego krótkiego tekstu, później odpuściłam ale czuje że muszę, wybaczcie.


Dom to nie muzeum - nie chodzi wcale o to że nie można czegoś dotykać, nie można robić zdjęć z lampą, a przed wejściem należy nałożyć papcie.


Dom to nie muzeum - chodzi o zwiedzanie,  domu się nie zwiedza. 

Oddzielam życie zawodowe od  prywatnego, a jako muzealnik doskonale wiem o co chodzi w zwiedzaniu.

Od dłuższego czasu dostaje meile z prośbą o udostępnienie domu do zwiedzania. W trakcie budowy zrobiliśmy to kilka razy i nie widziałam w tym nic złego. Ktoś się buduje i chce zobaczyć ten sam projekt? OK. Ktoś nie umie sobie wyobrazić rozmieszczenia pokoi i po prostu musi to zobaczyć? OK. Rozumiem. Nie miałam nic przeciwko. 

Sprawa zmieniła się z momentem zamieszkania. Stali czytelnicy wiedzą co i gdzie udostępniam. Wiedzą że na facebooku pokazuje gotowe projekty, że na blogu dokładnie opisuje to co zrobiliśmy a instagram służy do pokazywania dnia codziennego. 

A jednak! 

„ dzień dobry chciałabym wpaść jutro i zobaczyć dom” 

„hej, czy można do pani przyjechać i na żywo zobaczyć kuchnię z Ikea”

„witam! o której możemy się u pani spotkać chciałabym obejrzeć dokładnie kafelki w łazience” 

Wiadomości jest sporo, naprawdę! Nikt w nich nie pyta czy mam czas, czy jestem w domu, czy zgadzam się na takie rozwiązanie. Chociaż na jednej ze stron została udostępniona nasza przybliżona lokalizacja większość z tych osób nie ma pojęcia gdzie mieszkamy. 

Można przypuszczać, że wiadomości te wskazują na pewnego rodzaju przywiązanie do bloga, jeśli oczywiście pochodzą od stałych Czytelników, ci jednak w długich konwersacjach potrafią zapytać o wszystko. Nasyceni informacjami czekają na kolejny poniedziałkowy wpis. 

Skąd biorą się zatem takie wiadomości? Nie wiem, nie mam pojęcia.. robiłam małe rozeznanie o tym co inne blogerki uważają o podobnych wiadomościach i większość ma podobne zdanie do mojego. Oddzielić życie osobiste od bloga. 

To że opisuje swój dom, pokazuje Czytelnikom jak wygląda nasz salon czy kuchnia, nie oznacza że pokazuje wszystko. Sama decyduje o tym co i kiedy chce upublicznić, sama wykonując swoje mało profesjonalne zdjęcia pokazuje to co chce pokazać. 

I nie chodzi tu wcale o pokazywanie tylko pięknych ujęć, o dom z katalogu w którym nigdy nie ma zlewu zawalonego brudnymi naczyniami czy garderoby w której od kilku dni leży sterta ubrań do prasowania. Nie chodzi o to że na Instagram wstawia się tak piękne placuszki że aż czuć ich zapach, tak cudne deski tarasowe że nie widać pełzających po nich przydeptanych przez psa mrówek. Bo takie zdjęcia też się u mnie znajdą. Chodzi o to, że blogując mam możliwość wyboru, dawkowania i dzielenia się z Czytelnikami swoimi pomysłami. 

To dom w którym mieszkamy, do którego wracamy po pracy rzucając się na sofę, tuląc przy tym kota. To nie hotel który wynajmuje się na doby, to nie muzeum wnętrz do którego wpada się na godzinę pooglądać sztukaterię. 

Interakcje z Czytelnikami są cudowne, bardzo je cenię, nie wyobrażam sobie jednak spontanicznych wizyt, czy nawet tych planowanych w których pokazuje o wiele więcej niż chcę. 

Nie zrozumcie mnie źle, to tak jakby napisać do blogerki kulinarnej że nasze ciasto nie wyszło i chcemy spróbować jej wypieków lub do blogerki modowej że chętnie kupilibyśmy ta sukienkę ale po wcześniejszym sprawdzeniu jak dokładnie na niej leży. Może rozwiązaniem byłoby organizowanie tzw „dnia otwartego” ? nie wiem może, sprawa jest do przemyślenia. 

Jestem otwarta na rozmowy, zawsze odpowiadam na meile, wiadomości czy komentarze, ale wizytom w domu mówię NIE. Dla mnie dom ma być domem, oazą spokoju i bezpiecznym schronieniem. Proszę o uszanowanie tej decyzji.